Tlenek węgla (czad) i jak się przed nim zabezpieczyć

Nie przypominam sobie takiej zimy w trakcie, której nie usłyszałabym, że ktoś śmiertelnie zatruł się tlenkiem węgla. Właściwie gdy tylko temperatura zaczyna zbliżać się do zera ilość informacji o wypadkach związanych z czadem gwałtownie wzrasta. Choć media często wspominają o tym, że różnych tragedii można by uniknąć stosując się do kilku bardzo prostych zasad to i tak każdy kolejny sezon zimowy zbiera swoje śmiertelne żniwo. Może własnie dlatego ten bezwonny i bezbarwny gaz wzbudza we mnie taki lęk.
czujnik tlenku węgla
Nie da się ukryć, że choć tlenek węgla kojarzy się wielu osobom ze starymi piecami na węgiel to jest on produktem ubocznym każdego procesu spalania np. drewna w kominkach, gazu w kuchenkach/piecykach łazienkowych, a nawet paliwa w silniku samochodowym. Dlatego wymiana starego pieca na nowy wcale przed nim nie chroni. Muszę przyznać, że dopóki nie zaczęłam zmieniać instalacji grzewczej w moim domu zupełnie o tym nie wiedziałam. Wydawało mi się wtedy, że jak kupię najnowszy model kotła gazowego to pozbędę się problemu raz na zawsze. Miałam jednak szczęście i trafiłam na mądrego sprzedawcę, który mnie w tym względzie uświadomił. Właśnie dlatego od początku bardzo pilnuję wszystkich przeglądów okresowych instalacji, aby nie przegapić momentu w którym powinno się coś naprawić.

Jednak regularne wizyty kominiarza czy też powierzenie montażu pieca wykwalifikowanej ekipie nie zabezpieczają w 100% przed tlenkiem węgla. W końcu piec to takie samo urządzenie jak każde inne i jeśli ma się pecha to nawet regularnie konserwowane może popsuć się w dowolnym momencie. Nie inaczej jest z przewodami kominowymi, które choć drożne podczas ekspertyzy kominiarskiej to po np. kilku tygodniach mogą przecież tą drożność stracić. Są to sytuacje, których często przewidzieć się nie da, choć na pewno można ryzyko zatrucia zminimalizować.

Pewnym rozwiązaniem jest „nie szukanie oszczędności na siłę”, bo może nas to kosztować zdrowie (przy ciężkich zatruciach: uszkodzenie ośrodkowego układu nerwowego, niewydolność wieńcowa, zawał), a nawet życie. Mówię tu o zaklejaniu na zimę kratek wentylacyjnych, aby „ciepło nie uciekło” (fakt,  na pewno w takim pomieszczeniu bez wentylacji jest cieplej, ale nie ma też do niego napływu wystarczającej ilości tlenu, który w procesie spalania jest niezbędny) czy też stosowaniu do palenia niewłaściwego opału (śmieci, folii), a czasem po prostu kupowaniu innego niż zaleca producent, bo jest tańszy, ale bez zastanowienia się czy rzeczywiście będzie on dobrze współpracował z naszym piecem. Wśród znajomych widzę też sporą niechęć do dbania o odpowiednią wentylacje pomieszczeń w których znajdują się piece. Wiele osób (zwłaszcza gdy za oknem temperatura jest ujemna) jak ognia unika wietrzenia. Gdy ktoś kupi sobie nowe (a więc znacznie szczelniejsze od starych) okna nawet nie chce słyszeć o montowaniu w nich dodatkowego urządzenia wentylacji nawiewnej. Równie niechętnie instalowane są wszelkiej maści kratki wentylacyjne, a przecież to wszystko ma zapewnić nam maksymalne bezpieczeństwo, bo nie bez powodu czad zyskał miano „cichego zabójcy”.
detektor czadu
Pierwsze objawy zatrucia tlenkiem węgla łatwo pomylić ze zwykłym „złym samopoczuciem”, albo pierwszymi objawami grypy (o którą przecież o tej porze roku nietrudno). Dlatego jeśli poczujecie osłabienie, zmęczenie, lekki ból głowy czy też nudności to nie bagatelizujcie tych objawów, bo równie dobrze mogą one świadczyć o pewnym stopniu zatrucia czadem. Warto w takich sytuacjach poza sięgnięciem po leki także przewietrzyć pomieszczenie i upewnić się, że z urządzeniem grzewczym i instalacją jest wszystko w porządku. Oczywiście w miarę ulatniania się CO i stopień zatrucia rośnie, a objawy się nasilają. Ból głowy staje się silny i pulsujący, tętno przyspiesza, a senność staje się ciężka do opanowania. Dodatkowo pojawia się uczucie zagubienia, które może znacznie utrudnić podjęcie właściwych kroków. Jeśli nie zrobi się tego w porę to grozić nam może utrata przytomności, drgawki, zatrzymanie oddechu i akcji serca, a w konsekwencji śmierć. Na kontakt z czadem najgorzej reagują małe dzieci u których większe uszkodzenia uszkodzenie mózgu i innych ważnych organów wewnętrznych mogą wywołać nawet niewielkie ilości CO. Dlatego poza znajomością objawów zatrucia, odpowiednią eksploatacją i konserwacją instalacji grzewczej warto pomyśleć też o dodatkowym zabezpieczeniu w postaci czujnika tlenku węgla.

Urządzenia ostrzegające o zbyt wysokim stężeniu CO w powietrzu mają te zaletę, że potrafią nas poinformować o tym fakcie na długo przed tym nim sami będziemy w stanie zaobserwować pierwsze objawy zatrucia u siebie. W przeciwieństwie do nas, one czuwają także wtedy gdy śpimy, a jak wiadomo najwięcej śmiertelnych zatruć czadem ma miejsce w trakcie snu i kąpieli czyli w tych momentach w których zupełnie takiego niebezpieczeństwa się nie spodziewamy. Co ważne nowoczesne czujniki gazu poza ostrzeganiem przed niebezpieczeństwem za pomocą głośnego sygnału dźwiękowego i migającej na czerwono diodzie potrafią też wskazać nawet bardzo niewielkie stężenia tlenku węgla. Dzięki temu już na bardzo wczesnym etapie awarii pieca czy też uszkodzenia instalacji jesteśmy ją w stanie wykryć.
najlepszy czujnik węgla
Model, który ja posiadam czyli FIREANGEL CO-9D koncernu SPRUE został wyposażony w zaawansowany sensor elektrochemiczny, który dokonuje pomiarów wyjątkowo dokładnie. Wyniki prezentowane są na dużym wyświetlaczu LCD zarówno w formie prostego wykresu jak i tradycyjnie liczbowej. Pozwala to na śledzenie na bieżąco sytuacji o dowolnej porze dnia i nocy. Możliwe jest to także dzięki  zintegrowanej baterii litowej, która zapewnia zasilanie urządzeniu przez cały okres jego użytkowania czyli do 7 lat. Dla mnie jest to jeden z największych atutów tego modelu, bo zapewnia bezpieczeństwo nawet wtedy gdy zupełnie o nim nie pamiętamy, a nie da się ukryć, że przy tego typu urządzeniach, na które tylko czasem się zerka, o wymianie baterii łatwo byłoby zapomnieć. Nie są to jednak jego jedyne plusy. Mi pasują także jego niewielkie gabaryty, dzięki, którym mogę pozwolić sobie na postawienie go na łazienkowej półce. Równie dobrze mogłabym przykręcić go do ściany lub sufitu za pomocą dołączonych w zestawie wkrętów. To sprawia, że nawet w niewielkim pomieszczeniu bez problemu mogę znaleźć dla niego miejsce. Wiem, że nie każdy piec/kocioł czy kominek ma w takiej części mieszkania, która nie jest „reprezentacyjna”, dlatego poza niewielkimi rozmiarami równie ważny jest dyskretny wygląd. I ten warunek FIREANGEL CO-9D także spełnia. Zawieszony na ścianie czy postawiony na półce zupełnie nie rzuca się w oczy. Dzięki temu równie dobrze sprawdzi się jako czujnik umieszczony w tym samym pomieszczeniu co urządzenie którego pilnuje, ale także jako dodatkowy czujnik w pomieszczeniu w którym śpimy lub często przebywamy.

Co warto podkreślić to niezawodność tego urządzenia, bo nie spotkałam się nigdy z choć jedną negatywną opinią na jego temat, a sam koncern SPRUE, który stoi za jego produkcją jest jednym ze światowych liderów w produkcji detektorów dymu i tlenku węgla. Widać nie tylko po designie urządzenia, ale zwłaszcza po jego parametrach technicznych. Poza baterią, która wystarczy na 7 lat sam sygnał dźwiękowy jest tak głośny, że bez problemu wyrwie nas ze snu. Z jego usłyszeniem nie będą miały też problemu osoby starsze czy niedosłyszące, zwłaszcza, ze poza sygnalizacja dźwiękową czujnik został też wyposażony w sygnalizację świetlną. Czerwona dioda miga na tyle mocno, że nie sposób tego nie zauważyć. Równie istotny jest fakt, ze samo urządzenie będzie działać zarówno przy 40 stopniowych upałach jak i podczas 10 stopniowych mrozów. Oczywiście jest ona przeznaczone do stosowania wewnątrz pomieszczeń (w mieszkaniach, jachtach, domkach kempingowych a nawet na jachtach), ale dzięki temu ma się pewność, że w razie jakieś większej awarii, albo po prostu podczas fali upałów będzie nas chronić równie skutecznie.

Do gustu przypadło mi także to, że bez problemu można go przenieść, albo po prostu zabrać ze sobą na wakacje. Wystarczy detektor zdjąć z wkrętów (jeśli przykręcaliśmy go do ściany), albo ściągnąć z półki i zabezpieczyć jego baterię klipsem. Ten klips to dokładnie ten sam „dynks”, który wyciągamy by urządzenie włączyć po raz pierwszy. Dlatego nie warto go wyrzucać, bo nigdy nie wiadomo kiedy się przyda. Równie prosta jak zabieranie ze sobą FIREANGEL CO-9D w podróż jest jego obsługa na co dzień. Po wyjęciu klipsa urządzenie jest już właściwie gotowe do użycia, a jedyne co trzeba zrobić (poza wybraniem dla niego miejsca w pokoju) jest sprawdzenie czy w 100% jest sprawne. W tym celu wystarczy nacisnąć na krótko duży biały przycisk - TEST (jedyny na urządzeniu). Zaraz po jego naciśnięciu powinien pojawić się na krótko sygnał dźwiękowy, a dioda zamigotać na czerwono. Po tym ekran powinien przełączyć się w tryb wyświetlania temperatury (co swoja drogą jest świetna funkcją dodatkową), a jeśli będziemy chcieli wrócić do ekranu z wykresem wystarczy raz jeszcze na krótko przycisnąć TEST. I to jest właściwie całą obsługa urządzenia, a jedynie trzeba pamiętać aby taki test przeprowadzać raz w tygodniu przez cały okres eksploatacji czujnika.
fireangel czujnik telenku węgla (czadu) opinia
Na piątkę z plusem oceniam też obsługę i szybkość realizacji zamówienia w sklepie czujniki.co. Jednego dnia złożyłam zamówienie, a kolejnego kurier mi je już dostarczył – tak błyskawicznej dostawy nie spotkałam jeszcze w żadnym sklepie internetowym. Co ważne ich oferta jest znacznie bogatsza i poza tym czujnikiem można znaleźć tam wiele innych równie interesujących modeli. Jeśli nie znacie się na parametrach technicznych, albo nie potraficie ocenić co tak naprawdę jest Wam potrzebne to możecie też liczyć na miłą i fachową pomoc ze strony obsługi. Ja jestem bardzo zadowolona ze sposobu realizacji zamówienie i wiem, że do tego sklepu będę zaglądać regularnie i polecać go moim znajomym.

Mam nadzieję, że mój post okaże się dla Was pomocny przy planowaniu, albo być może przy reorganizacji instalacji grzewczej w Waszym domu. Liczę na to, że spojrzycie krytycznym okiem na swoje podejście do tematu tlenku węgla i jeśli zauważycie jakieś niedociągnięcia w zabezpieczeniach to zechcecie je poprawić. Ja cieszę się, że żyję w takich czasach w których poza tradycyjnym pilnowaniem terminów przeglądów i dbaniem o odpowiednia wentylację w pomieszczeniach mogę się także wspomóc nowoczesną elektroniką w postaci czujników, bo nie da się ukryć, że one znacznie zwiększają poczucie mojego bezpieczeństwa.

Opublikowano Dom, STRONA GŁÓWNA | Otagowano , , , , | 67 komentarzy

Mollon Pro, Base Coat i Top Coat do lakierów hybrydowych

Jakiś czas temu w moje ręce po raz pierwszy trafiły produkty do metody hybrydowej marki Mollon Pro. Myślę, że firmy tej nie trzeba Wam przedstawiać, bo jeśli choć trochę interesujecie się profesjonalną stylizacją paznokci to jest Wam ona doskonale znana. Mi do tej pory kojarzyła się głównie ze znakomitą terapią odbudowującą i wzmacniającą płytkę paznokcia oraz bardzo trwałymi i świetnie napigmentowanymi lakierami. Nie umknęło mojej uwadze, że w salonach manicure do tej pory pracujących na kosmetykach tej marki pojawiły się także hybrydy z dobrze znanym mi logo. Po kilkutygodniowych testach już wiem dlaczego.
Mollon Pro baza pod lakier hybrydowy
Base Coat i Top Coat to dwa absolutnie podstawowe lakiery do metody hybrydowej. Ich jakość ma duże przełożenie na trwałość i wygląd finalnej stylizacji. Dlatego jeśli sięgniecie po tanie, nie sprawdzone i po prostu kiepskie produkty to bez względu na to jaką hybrydę „wsadzicie do środka” to i tak nie będzie wyglądać ona ładnie, a i sama stylizacja nie będzie grzeszyć trwałością. Pewnie nie raz słyszałyście o lakierach hybrydowych, które odpadły po dwóch dniach, albo spłynęły po pierwszej kąpieli. Najczęściej winny jest temu słaby warsztat i złe przygotowanie płytki paznokcia, ale równie często problemem są użyte produkty. Dlatego nawet jeśli zaczynacie swoją przygodę z lakierami hybrydowymi to od razu inwestujecie w droższe, markowe i sprawdzone przez wielu produkty. Jeśli od początku zaczniecie od stosowania tych tanich to nigdy nie dowiecie się czy kiepska trwałość to wina Waszego niedoświadczenia czy może produktów, a i tak prędzej czy później przyjdzie Wam kupić coś lepszego (no chyba, że wcześniej zniechęci Was do tego konieczność nakładania hybrydy co 2/3 dni i związane z tym zniszczenie płytki paznokcia za które w głównej mierze odpowiadać będzie złe dobranie kosmetyków).
Mollon PRO baza i top metoda hybrydowa
Z marki Mollon Pro miałam już sporo lakierów i wiem, że ich jakość jest naprawdę rewelacyjna. Może dlatego do Base Coat i Top Coat podeszłam z dużą dozą zaufania i prawie absolutną pewnością, że to nie mogą być złe produkty. Co mogę powiedzieć po tych kilku tygodniach ich stosowania? Że moje przeczucia okazały się być w 100% słuszne. Oba lakiery zachwyciły mnie swoją jakością, trwałością i prostotą użycia, dlatego zupełnie nie dziwię się salonom kosmetycznym pracującym tylko na nich. Na pewno Klientki tych punktów są zachwycone, bo nawet ja przy moim intensywnym trybie życia, które często potrafiło skrócić żywotność lakieru hybrydowego jestem zadowolona.

Stylizacja wykonana z użyciem lakierów tej firmy zupełnie bezproblemowo przetrwa 2-3 tygodnie i to nawet wtedy gdy dość intensywnie używacie swoich „pazurków”. Lakierowi hybrydowemu wzmocnionemu bazą tej firmy i zabezpieczonemu tym topem nie straszne są żadne prace domowe, intensywne moczenie czy kontakt z detergentami. Dlatego jeśli Wasze paznokcie nie rosną zbyt szybko z użyciem tego zestawu będziecie mogły pozwolić sobie nawet na trzy tygodniowe przerwy między kolejną aplikacją hybrydy.
Mollon Pro Top Coat
Na plus obu produktów poza ich niesamowitą trwałością trzeba też zaliczyć łatwość z jaką się je nakłada. Świetnie się poziomują, ale żaden z nich nie jest za rzadki dzięki czemu nie mają tendencji do zalewania skórek. Spokojnie da radę rozprowadzić je po wszystkich paznokciach nawet mniej wprawną ręką. Pędzelek w jaki zostały wyposażone nie jest zbyt miękki, ani twardy, a jego wyprofilowanie znacznie ułatwia aplikację. Same produkty ze względu na swoją średnią gęstość zużywa się w małych ilościach, dzięki czemu są jednymi z bardziej wydajnych lakierów z jakimi miałam okazję się spotkać.

Czy polecam Wam ten duet? Oczywiście, że tak. Oba lakiery świetnie spełniają swoje zadanie znacznie przedłużając trwałość każdej stylizacji. Dzięki nim zarysowania, obtarcia czy nawet zmatowienie wierzchniej warstwy nie będą stanowić dla Was problemu. Dodatkowym atutem przemawiającym za ich zakupem jest także skład w którym nie znajdziecie szkodliwych substancji w postaci toluenu, formaldehydu i DBP. Mi spodobało się również to, że w obu znajduje się ekstrakt z żywicy z drzewa pistacjowego, który ma działanie odbudowujące i wzmacniające płytkę paznokci. Docenią to zwłaszcza osoby regularnie sięgające po lakiery hybrydowe, bo poza zwiększeniem trwałości oferują one także właściwości pielęgnacyjne. Jeśli do tego wszystkiego dorzucić sporą wydajność i przystępną cena, bo zapewniam, że 50zł za 12 ml produktu to nie jest drogo otrzymujemy kolejny świetny produkt Mollon Pro, który bez problemu zamówicie w ich internetowym sklepie firmowym.

 

Opublikowano Dłonie i paznokcie, Kosmetyki - recenzje, STRONA GŁÓWNA | Otagowano , , , , , , | 28 komentarzy

Profesjonalna farba do włosów Alfaparf Evolution of the color

Włosy farbuję od czasów liceum, ale nie ma w tym nic dziwnego, bo mój naturalny kolor to myszowaty blond. Jeden z najwredniejszych naturalnych odcieni. Dlaczego? Bo bardzo nijaki i zupełnie nietwarzowy. Sprawiający, że człowiek cięgle wygląda na schorowanego i zmęczonego. Jedynym wyjściem dla mnie jako posiadaczki takiej czupryny było jej farbowanie, co też gdy tylko odpowiedni wiek osiągnęłam z chęcią uczyniłam. Początkowo używając do tego celu zwykłych drogeryjnych produktów, a z czasem zaopatrując się w te przeznaczone dla salonów fryzjerskich.
Profesjonalna farba do włosów Alfaparf Evolution of the color
Powodem dla którego odstawiłam produkty drogeryjne była nieprzewidywalność finalnego efektu koloryzacji. Bardzo często okazywało się, że jest on daleki od tego co przedstawiał producent na fotografii. Często bolączką tych kosmetyków była ich kiepska trwałość wymuszająca na mnie farbowanie co 2-3 tygodnie, co z kolei przekładało się na szybkie pogarszanie się stanu moich włosów. Najczęstszym jednak mankamentem okazywało się kiepskie krycie, które powodowało, ze spod świeżej warstwy farby prześwitywał poprzedni kolor lub, że różnica między odrostem, a resztą czupryny była widoczna nawet z daleka. Problemy te postanowiłam zniwelować sięgając po produkty przeznaczone do użytku profesjonalnego i faktycznie okazały się one o niebo lepsze. Oczywiście po latach testowania różnych firm wiem już, że nie każda jest warta polecenia, ale spotkałam się też z takimi, których produkty można kupować „w ciemno” i właśnie do tej drugiej kategorii należy kosmetyk z dzisiejszego wpisu.
Alfaparf Evolution of the color
Farbę marki Alfaparf, Evolution of the color na stronie GOBLI.pl nabyć można za 21,90 co jak na produkt profesjonalny wcale nie jest wysoką kwotą. Podoba mi się, że bez problemu można też domówić sobie okxydant tej samej firmy, bo jak wiadomo najlepsze efekty uzyskuje się stosując kosmetyki jednej marki. W tym przypadku na tubkę farby 60ml potrzebować będziemy maksymalnie 90ml utleniacza o stężeniu: 3%, 6%, 9% lub 12% (w zależności od tego na jaki kolor farbujemy i jaki obecnie mamy na głowie). Ja do farby w kolorze 5.22 (jasny intensywny brązowy fiolet) potrzebowałam oxydantu 6% i mieszałam go zgodnie zaleceniem producenta 1:1,5 co oznacza, że na 10ml użytej farby potrzebowałam 15 ml utleniacza. Od razu mogę Wam też napisać, że przy mojej długości włosów (za łopatki) farby wystarczyło nie tylko na jednorazowe farbowanie, ale zostało mi jej także trochę w tubce. Pozostała ilość w zupełności wystarczy mi na pokrycie za jakieś dwa-trzy tygodnie odrostu.
najlepsza farba profesjonalna do włosów
Samo farbowanie nie nastręczało mi żadnych trudności, bo rozmieszaniu farby z oksydantem uzyskujemy odpowiedniej gęstości krem, który nie ma tendencji do spływania z włosów nieproszony. Jest to z pewnością spory plus, który docenią nie tylko osoby znające się na domowym farbowaniu włosów, ale zwłaszcza nowicjusze w tej dziedzinie :) Samo trzymanie farby na włosach też przebiegało bez żadnych zgrzytów, regulaminowe 35minut. Dociekliwym mogę od razu powiedzieć, że farbowałam włosy najpierw na odroście, a dopiero potem przeciągałam kolor na długość. Nie zauważyłam przy tym by farba sprawiała jakiekolwiek problemy w aplikacji. Na plus mogę jej także zaliczyć całkiem niezły jak na tego typu kosmetyk zapach.
najtańsza i najlepsza farba profesjonalna do włosów
Po zmyciu farby włosy nie były ani trochę zniszczone, a skóra nie uległa żadnym, nawet drobnym podrażnieniom. jednym słowem czupryna wyglądała tak jakbym żadnego zabiegu przed chwilą nie przeprowadzałam za co należą się ogromne brawa. Na plus zaliczyć też mogę krycie, bo jest ono faktycznie 100%. Spod nowego koloru nawet minimalnie nie prześwitywał stary, a między odrostem, a długością włosów nie było widać żadnych różnic. Kolor był jednolity i o odpowiedniej głębi.
kolor przed
kolor po
Dla mnie jednak najważniejsze jest zawsze to czy uzyskany efekt utrzyma się na włosach przez kolejne mycia i powiem wam, ze pod tym względem farba Alfaparf, Evolution of the color wypada naprawdę rewelacyjne. Powyższe zdjęcia (pierwsze przed farbowaniem, a drugie po) doskonale to obrazują. Zdjęcie po wykonałam bowiem po trzech tygodniach od nałożenia koloru, a nadal nie widać by wypłukał się on. Dzięki czemu sięgając po ten produkt zabieg mogę przeprowadzać raz na miesiąc -półtorej, a włosy ciągle wyglądają jakby dopiero co były farbowane. Myślę, że już samo to świadczy o tym, że jest to kosmetyk wyprzedzający o kilka długości drogeryjną konkurencję z którym warto bliżej się zapoznać.

Opublikowano Kosmetyki - recenzje, STRONA GŁÓWNA, Włosy | Otagowano , , , , , , , , , | 57 komentarzy

Zestaw startowy Indigo

Jakiś czas temu marka Indigo wprowadziła do swojej oferty gotowy zestaw startowy do lakierów hybrydowych. Cudo to dostało nazwę Indigo BOX i do zakupienia jest w internetowym sklepie firmowym w cenie 269 zł. Na dzień dzisiejszy jest on wyprzedany, ale jak to w okresie przedświątecznym bywa: najlepsze produkty na prezent znikają najszybciej. Warto jednak mieć na oku tę stronę, bo zestaw ten uważam za najlepszy na rynku, zwłaszcza dla osób początkujących.
Zestaw startowy Indigo
W przeciwieństwie do gotowych pakietów startowych ze stron aukcyjnych w tym pudełku nie znajdziecie zbędnych produktów, a kupując je macie pewność, że w środku jest wszystko to co naprawdę się przyda. To ogromna zaleta, bo powiem Wam szczerze, że gdy ja zaczynałam przygodę z hybrydami takie zestawy trzeba było złożyć sobie samemu, a nawet dla osoby po kursie było to trudne i najczęściej zapominało się o jakiś produktach, bądź zamawiało stertę całkiem niepotrzebnych. Efekt był taki, że za wysyłkę przychodziło nam płacić kilka razy, a często po kilkukrotnym zrobieniu paznokci znaczna część produktów lądowała w koszu. W tym przypadku taka sytuacja Wam nie grozi, bo marka Indigo z przygotowania tego boxu wywiązała się śpiewająco.
Indigo BOX zawartość
Na plus trzeba też zaliczyć marce opakowanie całego zestawu, bo wydaje się on wprost stworzony do bycia prezentem na każdą okazję. Mi spodobało się też to, że w samym pudełku produkty są posegregowane i dobrze zabezpieczone, dlatego nie trzeba martwić się o ich uszkodzenie w trakcie transportu.
Indigo zestaw startowy do lakierów hybrydowych
Co znajduje się w środku?

  • lampa Led 9W + zasilacz
  • 3 kolory lakierów hybrydowych o pojemności 5 ml (Vitamina C,Chick Nude,Ibiza Chill)
  • 2 topy w butelkach 5ml (Top Crystal oraz Dry Top)
  • baza proteinowa (Protein Base)
  • biały żel (Gel Brush)
  • preparaty pomocnicze czyli Acid Free Primer oraz Cleaner w butelkach 5ml
  • Cleaner Super Shine oraz Lanoline Remover w plastikowych butelkach 50ml
  • oliwka do skórek w pipecie o zapachu Indigolicious
  • pyłki do zdobienia z linii Metal Manix (Multi Chrome, Silver i Light Gold) wraz z aplikatorem
  • pyłek Efekt Syrenki
  • akcesoria czyli pilniki (mylar halfmoon 100/180,buffer szary prosty 180/220,buffer szary prosty 220/280), waciki bezpyłowe (250szt),zestaw foli do zdejmowania hybryd (50 szt), zestaw patyczków z drzewa pomarańczowego (10szt) oraz firmowy ręcznik

najlepszy zestaw startoowy do hybryd
Całość pozwala nie tylko na swobodne wykonanie hybryd, ale także na uzyskanie najróżniejszych efektów i zdobień. Dzięki temu jest to zestaw startowy do którego przez długie miesiące nie będziecie musieli dokupować kolejnych elementów. Mało tego firma postarała się by w jego wnętrzu znalazły się takie kolory lakierów, które są maksymalnie uniwersalne i równie dobrze prezentują się latem jak i zimą. Jeśli dorzucić do tego całkiem poręczną lampę, która jest jednym z najprostszych modeli w obsłudze otrzymujemy zestaw idealny. Zadowolona z niego będzie zarówno osoba dopiero początkująca jak i taka, która już jakieś produkty i urządzenia do hybryd posiada. Moim zdaniem zakup takiego zestawu to też świetna okazja na wymienienie przestarzałej już lampy tunelowej na nowszy, bardziej ergonomiczny i zwyczajnie mniejszy model, a przy okazji zaopatrzenie się w zestaw świetnych produktów renomowanej marki.
Indigio lakiey hybrydowe
Mi choć swoja przygodę z hybrydami zaczęłam lata temu zestaw ten bardzo „podpasował” właśnie dlatego, że zbliżał się czas wymiany lampy na nowszą. Każdy z elementów okazał się być dla mnie przydatny, choć jestem osobą mająca całkiem sporo produktów do tej metody przeznaczonych. Dlatego jeśli ktoś z Was chciałby mnie spytać co kupić na początek, bez wahania odpowiem: TO, bo wiem, że kupując ten zestaw nie tylko będziecie mieli wszystko to co potrzebne, ale też, ze zaoszczędzicie sporo kasy, bo kupując te wszystkie rzeczy osobno przyszłoby Wam wydać grubo ponad 400zł.

 

Opublikowano Dłonie i paznokcie, Kosmetyki - recenzje, STRONA GŁÓWNA, Urządzenia kosmetyczne, Urządzenia kosmetyczne i zabiegi krok po kroku | Otagowano , , , , , | 47 komentarzy

Philips VisaPure Advanced – urządzenie do domowej pielęgnacji twarzy

VisaPure Advanced to pierwszy produkt w przypadku którego pokusiłam się o stworzenie recenzji w formie filmiku (LINK). Zdecydowałam się na ten krok głównie ze względu na jego cenę, bo 899zł to dla wielu osób niemały wydatek. Wiem jednak, że jako moi czytelnicy znacznie bardziej wolicie recenzje w formie tradycyjnych postów. Dlatego film, który ukazał się w połowie października był takim „pierwszym wrażeniem” po trzech tygodniach stosowania, a dzisiejszy post możecie już potraktować jako pełnoprawną recenzję urządzenia do domowej pielęgnacji twarzy marki Philips.
Philips VisaPure Advanced - urządzenie do domowej pielęgnacji twarzy
Tym co od początku mnie zachwyciło (co zresztą i w filmiku od początku podkreślałam) było rewelacyjne opakowanie tego urządzenia. Tłoczenie na korpus VisaPure Advanced i końcówki sprawia, że w trakcie nawet mało delikatnego transportu produkt nie powinien ulec uszkodzeniu. Zapobiegają temu także dodatkowe zabezpieczenia (np. w postaci folii). Całość jest więc na tyle solidnie opakowana przez producenta, że nawet jeśli sprzedawca „da ciała” przy wysyłce to nic złego stać się z nią w drodze nie powinno.

Kolejnym sporym atutem okazała się ładowarka i jej niewielkie gabarytu. Spodobało mi się to od pierwszego jej użycia i podoba do tej pory. Dzięki temu, że nie zajmuje ona dużo miejsca jestem w stanie trzymać ją w szufladzie, a podczas ładowania akumulatora mogę pozwolić sobie na postawienie jej na wąskiej łazienkowej półce. Mieści się na niej i co ważne nie chybocze, ani nie przewraca się, dzięki czemu nie naraża sprzętu na uszkodzenie. Kabel jest długi więc nawet te osoby, które podstawkę muszą umieścić daleko od kontaktu powinny być zadowolone, bo nie trzeba będzie wspomagać się kablem-przedłużką.

Samo ładowanie akumulatora do pełna zajmowało 6 godzin i po tych kilku miesiącach intensywnego użytkowania VisaPure Advanced nadal tyle czasu zajmuje. Nic nie zmieniło się także w kwestii wytrzymałości naładowanej „baterii”: jak trzymała trzy godnie, tak trzyma i dzięki temu do prądu podłączam ją tylko raz na miesiąc. Nie ukrywam, że mi to pasuje, bo nie ma chyba nic gorszego od trzymania urządzenia przy ładowarce, bo co chwilę potrzebuje ono prądu. Zaznaczyć muszę jednak, że z tej elektrycznej szczoteczki do mycia twarzy w domu korzystam tylko ja. Zapewne gdyby miała być używana przez dwie bądź więcej osób konieczne byłoby częstsze jej ładowanie, ale na pewno i tak znacznie rzadsze niż przy produktach konkurencji.
elektryczna szczoteczka do mycia twarzy
Od tych tańszych modeli dostępnych na naszym rynku wyróżnia ją poza niezwykle przyjemnym dla oka designem, także całkowita wodoodporność. To takie urządzenie, które z powodzeniem można stosować także pod prysznicem bez obaw o jego zalanie. Dzięki temu ma się pewność, że posłuży ono przez długi czas w przeciwieństwie, bo nie ma co ukrywać, że przy codziennym stosowaniu elektrycznej szczotki do mycia twarzy nie da się uniknąć jej kontaktu z wodą, a baterie plus woda to zgon murowany dla każdego sprzętu. Ja sięgając po nią każdego dnia i odkładając po użyciu obok umywali nie muszę zaprzątać sobie tym głowy, a to zaraz po prostocie użycia, cenię sobie najbardziej.

Sama obsługa nie sprawiała i nadal nie sprawia mi żadnych kłopotów. Jej nauczenie się zajmuje dosłownie minutę, bo VisaPure Advanced jest na tyle sprytne, że samo rozróżnia jaka końcówka została wpięta i dostosowuje swój program do niej. My podejmujemy jedynie decyzję w zakresie włącz/wyłącz i ewentualnie intensywności masażu/mycia. Regulacja jest dwustopniowa czyli wolno/szybko lub (przy końcówkach do masażu) delikatnie/intensywnie. Całość jednak ma tak dobrze wyważone obroty/drżenie, że nie sposób zrobić sobie tym krzywdy. Ucieszy to każdą osobę, która w zaciszu własnego domu chce dbać o cerę na wysokim poziomie, a jednocześnie nie ma czasu na naukę skomplikowanych procedur. Tu markę Philips muszę pochwalić szczególnie, bo ich urządzenie jak na produkt na domowy użytek wypada wyśmienicie. Jest poręczne, ładnie wygląda, a do tego jest łatwe w obsłudze, czego można chcieć więcej?elektryczna szczoteczka do mycia i masażu twarzy
Na pewno odpowiedniego działanie, ale i na tym polu na VisaPure Advanced się nie zawiedziecie. Przy jego regularnym stosowaniu przy normalnej można pozwolić sobie na odstawienie np. peelingów, tak dobrze oczyszczona jest cera. Z kolei właściciele cery wrażliwej nie muszą się tego sprzętu obawiać, bo choć mycie z jego użyciem jest dogłębne to jednak nadal delikatne. Powiedziałabym, że nawet łagodniejsze niż przy użyciu tej całej kosmetycznej chemii. To z kolei docenią alergicy, bo można go używać nawet w okresie wzmożonej aktywności naszej alergii.

Moje wydatki kosmetyki myjące i oczyszczające odkąd VisaPure Advanced pojawiło się u mnie spadły o ponad połowę. Jeśli te oszczędności pomnożyć przez liczbę miesięcy przez jakie będzie mi ten sprzęt służył to okazuje się, że pomimo sporej ceny wyjściowej wychodzi mi on i tak znacznie taniej. Dlatego zastanawiając się nad jego zakupem weźcie i ten parametr pod uwagę. Nie można też zapominać, że poza możliwością mycia urządzenie to oferuje też spory wachlarz opcji dodatkowych. W zestawie, który można kupić w sieci Douglas znajdują się też dwie końcówki do masażu i powiem Wam, że są na tyle uniwersalne, że właściwie używa się je co dzień. Jedna służy do zimnego masażu okolic oczu, a druga do masażu twarzy. Ich użycie nie wymaga stosowania jakiś super-wymyślnych kosmetyków, a jedynie jednorazowego rzucenia okiem do instrukcji by masaż wykonywać prawidłowo. To z kolei pozwala na dalsze stosowanie Waszych ulubionych kosmetyków bez konieczności bawienia się w szukanie czegoś co będzie współpracować z tym sprzętem.visapure do oczyszczania twarzy
Ja początkowo obawiałam się, że nie będę zbyt systematyczna w stosowaniu VisaPure Advanced, ale po kilku jego użyciach tak bardzo spodobało mi się jego działanie, że aż dziwnie się czuję gdy go nie użyję. Zwłaszcza, że tak jak w elektrycznych szczoteczkach do zębów i tu producent umieścił „timer”. Urządzenie po minucie/dwóch ( w zależności od programu) samo się wyłączy. Mało tego w zależności od tego jaki program sobie wybierzemy końcówka da nam znać, kiedy pora przejść na drugą stronę twarzy po prostu na moment się zatrzymując. To sprawia, że każdorazowe użycie jest szybkie, sprawne i krótkie. Ja doceniam to zwłaszcza rankiem gdy żal mi czasu na godzinne przesiadywanie w łazience. Stosowanie VisaPure Advanced nie zabiera mi więcej czasu niż tradycyjne mycie twarzy dłońmi, ale jest znacznie bardziej wydajne. Także końcówki do masażu ułatwiają mi wklepywanie kremów, ale nie przedłużają tego procesu. Patrząc po mojej skórze widzę, że jest to urządzenie warte posiadania, bo choć odstawiłam sporą część kosmetyków to moja cera nie tylko nie wygląda gorzej, ale wręcz prezentuje się znacznie lepiej, a ja nie muszę się już martwić o podrażnienia wywołane źle dobranym kosmetykiem.

Opublikowano STRONA GŁÓWNA, Urządzenia kosmetyczne, Urządzenia kosmetyczne i zabiegi krok po kroku | Otagowano , , , , , , | 24 komentarzy

Aura, Świeca zapachowa w szkle Aurelia

Na początku grudnia podzieliłam się z Wami moimi wrażeniami z użytkowania świeczek typu tealight tej marki, a na dziś przygotowałam dla Was recenzję większej, szklanej wersji. Niewtajemniczonym tylko przypomnę, że za produktami sprzedawanymi pod marką Aura/Aurelia stoi ta sama firma, która zaopatruje w świece Aril Biedronkę czyli BISPOL. Jeśli czytaliście moje poprzednie wpisy ich dotyczące to zapewne już wiecie, że byłam z nich bardzo zadowolona. Pozostaje więc tylko pytanie czy i ta świeczka przypadła mi do gustu?
świeczka w szkle Aura Aurelia
Z całą pewnością mogę powiedzieć, że spodobał mi się jej design. Prosty, ale jednocześnie funkcjonalny i przyjemny dla oka. Dużym plusem jest tu zarówno kolorystyka samego wosku jak i grubość szkła w jakim się on znajduje. Dzięki czemu choć stanowi ozdobę każdego mebla to nie jest dla niego zagrożeniem. Głównie dlatego, że warstwa szkła, chroniąca dno jest bardzo gruba i nie nagrzewa się zbyt mocno. To pozwala na postawienie świeczki nawet bez żadnej podkładki na dowolnie wybranym meblu, bez obaw o jego zniszczenie. To dobra wiadomość zwłaszcza dla zapominalskich, bo nawet jeśli nie zgasicie świecy to nic strasznego nie powinno się wydarzyć.
świeca Aurelia Lychee
Mi poza stroną wizualno-funkcjonalną do gustu przypadł także jej aromat. Aurelia o zapachu Lychee pachnie niezwykle delikatnie i łagodnie. W pomieszczeniu w którym jest zapalona nawet przez dłuższy tylko w niewielkim stopniu idzie wyczuć jej kompozycję. Spodoba się to głównie tym osobą, które lubią zapalać świeczki w sypialni, a niespecjalnie dobrze czują się w mocno przesiąkniętych zapachem wnętrzach. Od tej kompozycji z pewnością nie rozboli Was głowa, bo jest ona nie tylko delikatna, ale i bardzo naturalna. Nie sposób wyczuć w niej chemicznego tła, a sama kompozycja bardzo dobrze oddaje aromat tego owocu. Dzięki temu nawet w minimalnym stopniu nie utrudni Wam zaśnięcia.
świca w szkle
Ja z tej świeczki jestem bardzo zadowolona, bo niska cena idzie w niej parze z wysoką jakością. Podoba mi się zarówno jej zapach jak i wygląd, dlatego jestem więcej jak pewna, że w najbliższym czasie zaopatrzę się w kolejne świeczki z linii Aurelia.

Opublikowano Dom, STRONA GŁÓWNA | Otagowano , , , , , , | 19 komentarzy

Indigo, Indigolicious oliwka do skórek w pipecie

Póki nie użyłam po raz pierwszy oliwki do skórek marki Indigo kosmetyk ten traktowałam po macoszemu. Ot produkt po który sięgałam po zabiegu przedłużania paznokcie metodą żelową czy też hybrydową. Coś takiego co być powinno, żeby skórki nie ucierpiały, ale w rzeczywistości nie jest czymś niezbędnym. W gruncie rzeczy było mi dalece „wszystkojedno” jakiej firmy dana oliwka jest i czy pachnie czy też nie.
Indigo oliwka do skórek w pipecie
Indigolicious zmienił moje podejście to tej kategorii kosmetyków o 360°. Po praz pierwszy trafiłam na oliwkę po którą, aż chce się sięgać i bez której nie wyobrażam już sobie dbania o skórki i paznokcie. Wszystko dzięki niesamowicie poręcznemu opakowaniu i wyjątkowej kompozycji zapachowej.

Pomysł firmy na zapakowanie olejku w szklaną butelkę z pipetą uważam za genialny. Można spokojnie powiedzieć, ze wręcz rewolucyjny, bo z tego co kojarzę to właśnie w ofercie tej marki po raz pierwszy zobaczyłam oliwki perfumowane w takim właśnie wydaniu. Korzystanie z niej to prawdziwa przyjemność, bo nakładanie idzie o wiele szybciej i sprawniej niż przy użyciu najlepiej nawet wyprofilowanego pędzelka.Indigo nails labNa ogromne brawa zasługują też kompozycje zapachowe, bo Indigolicious to tylko jedna z, aż 11 dostępnych. Może właśnie dlatego tak trudno jest wybrać tą, która będzie nam pasować najbardziej. Wszystkie bowiem pachną rewelacyjnie, a trwałości mogłyby im pozazdrościć niejedne perfumy. Ja po nałożeniu tej oliwki czuję jej aromat w nawet dobę po aplikacji i powiem Wam, że sprawia to, że sięgam po nią systematycznie. Bo z jednej strony jej nakładanie to prawdziwa przyjemność, a z drugiej nie można nic zarzucić jej walorom pielęgnacyjnym. Nawilża, natłuszcza, odżywia i regeneruje czy robi wszystko to czego od takiego kosmetyku oczekuję.

Jeśli wiec nadal szukacie swojego ideału wśród oliwek to powinniście bliżej zapoznać się z ofertą marki Indigo. Zarówno pod względem dostępności, ceny jak i jakości ich produkty nie mają sobie równych, a praca przy ich użyciu jest naprawdę przyjemna. Mnie przekonuje też to, że dostępne są one również dla osób nie związanych zawodowo ze stylizacją paznokci, a chcących jedynie sięgać po te kosmetyki w domowym zaciszu.

 

Opublikowano Dłonie i paznokcie, Kosmetyki - recenzje, STRONA GŁÓWNA | Otagowano , , , , , , , | 19 komentarzy

Prezenty ze spotkania blogerek w Opolu

Tydzień temu zdałam Wam dokładną relacje ze spotkania w Opolu, a dziś przyszedł czas na podzielenie się z Wami zdjęciami upominków jakie ze sobą przywiozłam. Zapraszam więc na bardzo kolorowy post :)
sponsorzy spotkania blogerek w Opolu
Na początek bioxsine.com.pl oraz   miravena.com.pl:
Miravena i Bioxsine
Zestaw z  sofie.pl:
Kosmetyki Sofie
Zestaw od bell.com.pl:
Bell
Zestaw od 
https://www.facebook.com/kosmetykiCD

CD
Krem od noblemedica.plnull

Zestawik od tiande.pl
Tande

Komplet od bodyboom.pl:
Body Boom
Cudowności od Creightons Polska,  herbastudio.pl oraz  ivanatura.pl
zestaw kosmetyków
Znalazło się i coś od jadwiga.eu
Jadwiga kosmetyki
Upominki przygotowały także strony zapachdomu.pl i
zapachy domu
Nie zapomniały o nas także MCCM POLSKA KEJ
MCM i Kej
Na spotkaniu nie mogło oczywiście zabraknąć kosmetyków AAEVELINE i PILOMAX
kosmetyki AA
kosmetyki AA i Eveline
Moja kosmetyczka wzbogaciła się też o kosmetyki equilibra.pl
Equilibra
Uzupełniłam też swoje zapasy pumeksów dzięki pumice.pl
Pumice

Opublikowano STRONA GŁÓWNA | Otagowano , , , , , , | 20 komentarzy

Kneipp, Aromatyczne płyny pielęgnujące do kąpieli

Na jesienne i zimowe wieczory najlepiej robi gorąca, aromatyczna kąpiel. Po ciężkim dniu nic tak nie ułatwi Wam zaśnięcia i nie odegna stresów. Dla tych, którzy nie mają już w swoich łazienkach wanien pozostaje sięgnięcie po intensywnie pachnący żel pod prysznic albo zafundowanie podobnego zabiegu stopom.
aromatyczny płynpielęgnujący do kąpieli kneipp
Ja należę do tej nielicznej grupy szczęśliwców, którzy mają dość miejsca by w łazience wcisnąć i kabinę prysznicową i wannę. Dzięki temu nie muszę rezygnować z długich kąpieli na rzecz szybkiego prysznica. Oczywiście bardzo długie i częste moczenie nie jest dobre, ale raz na jakiś czas można posiedzieć nieco dłużej we wodzie, zwłaszcza gdy pachnie ona wyjątkowo przyjemnie. Nauczyłam się już, że gdy chce uzyskać taki efekt muszę mieć po prostu pod ręką jeden z kosmetyków marki Kneipp, a to czy ostatecznie wsypie do wanny termalne sole do kąpieliperełki zapachowe czy też wleję aromatyczną esencję ma już znaczenie drugorzędne. Grunt żeby był to produkt tej firmy, a efekt mam gwarantowany. Dlatego gdy po raz pierwszy w moje ręce płyny do kąpieli Kneipp, ani przez moment nie zastanawiałam się nad tym czy ich działanie będzie mi odpowiadać, bo byłam tego po prostu absolutnie pewna.

Na pewno nie zdziwię Was jeśli powiem, że spełniły one moje oczekiwania w 100%. Zaczynając od bardzo przyjemnej dla oka szaty graficznej, a kończąc na samym kształcie i wielkości butelek – tu  naprawdę nie ma się do czego się przyczepić. Całość opakowania jest spójna z jego zawartością i doskonale oddaje ten aromat, który czeka na nas w środku.
płyn do kąpieli na dobranoc
Na dobranoc to kompozycja dla osób mających problemy z zasypianiem, albo po prostu oczekujących intensywnego odprężenia po ciężkim dniu. Przeważa w niej zapach lawendy i wiesiołka z delikatnymi waniliowymi akordami. Całość jest dość ciężka, ale na pewno nie rozboli Was od tego głowa. Za to może się okazać, że już w połowie kąpieli oczy same zaczną się Wam zamykać. Po 15 minutach w wannie z tym aromatem od razu można kłaść się spać.
przytulna kąpiel
Za to Przytulna kąpiel z pewnością przypadnie do gustu wszystkim zmarźluchom. Rozgrzewający imbir w parze z kardamonem byłby w stanie roztopić nawet lodowiec nic więc dziwnego, że po dosłownie 2 minutach od wejścia do wanny jest się rozgrzanym do czerwoności. Sprzyja temu też niezwykle ciepły aromat, który mi od razu kojarzy się z wieczorem przy kominku. Może to przez specyficzne akordy kardamonu, a może po prostu całość kompozycji przywodzi mi na myśl domek w górach wśród śnieżnej zamieci. Jedno jest jednak pewne połączenie słodkiego miodu z olejkiem makadamia i imbirowo-kardamonowym pierwszym planem jest naprawdę udane.
radosna chwila relaksu płyn do kąpieli
Równie mocno spodobała mi się Radosna chwila relaksu, która jest jednocześnie najdelikatniejszą z przedstawionych kompozycji. Dlatego świetnie sprawdzi się jesienią, a także w te zimowe wieczory w które oczekujecie po prostu ładnego zapachu podczas kąpieli. Jej roślinno-kwiatowa kompozycja jest na tyle uniwersalna, że spodoba się zarówno młodszym jak i znacznie starszym domownikom. Sama w sobie nie działa ani rozgrzewająco, ani usypiająco, ale po prostu kojąco. Mi dodaje energii, dlatego sięgam po nią w te wieczory w które nie planuje od razu po kąpieli wylądować w łóżku.

Poza niesamowicie klimatycznymi kompozycjami zapachowymi płyny do kąpieli marki Kneipp mogą pochwalić się także sporymi właściwościami pielęgnacyjnymi. Skóra po ich użyciu jest jedwabiście miękka i gładka. Zauważyłam też, że nie tylko jej nie wysuszają, ale wręcz delikatnie ją natłuszczają i nawilżają. Sprawia to, ze nawet jeśli zapomni się wklepać balsam nic złego się nie dzieje i to nawet przy dość wrażliwej i skłonnej do podrażnień skórze.
aromatyczny płyn do kąpieli rossman
Aromatyczne płyny pielęgnujące marki Kneipp mogę polecić każdemu z Was. Mają na tyle uniwersalne kompozycje, że bez problemu dobierzecie sobie taką jaka pasuje Wam najbardziej, a dodatkowo poza pięknym aromatem podczas kąpieli będzie Wam także towarzyszyć gęsta i trwała piana (która z pewnością spodoba się najmłodszym). Na plus można im także zaliczyć to, że choć barwią one wodę to nie mają tendencji do tworzenia po myciu zabarwienia na wannie czy skórze. Nie da się też narzekać na ich wydajność, bo spora 400ml butelka wystarczy Wam na wiele użyć. Jakby plusów było mało kosztuje ona tylko 16,99 i jest dostępna zarówno online jak i stacjonarnie (np. w sieci Rossmann).

Opublikowano Ciało, Kosmetyki - recenzje, STRONA GŁÓWNA | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | 23 komentarzy

Tapeta czy fototapeta?

Wielkimi krokami zbliża się u mnie ten moment w którym moje mieszkanie przejdzie gruntowną metamorfozę. Pamiętam, że przy poprzedniej uparłam się, że wszystko co tylko mogę zrobię sama. Nie uniknęłam przy tym wielu błędów, ale z drugiej strony… sporo się nauczyłam. Dzięki temu wiem, że fachowcy najczęściej nie są nam potrzebni, a wiele rzeczy jest znacznie prostsza do wykonania niż próbują nam to wmówić. Dlatego i przy tym remoncie korzystać z cudzej pomocy nie mam zamiaru, bo nie będzie on obejmował wymiany instalacji elektrycznej czy wodnej, a jedynie zmiany czysto wizualne (ściany, meble i dodatki).

PIXERSZdjęcie pochodzi ze strony pixers.pl/fototapety/inspiracje/kolorowa-uliczka/2857

Nauczona doświadczeniem wyniesionym z poprzedniej metamorfozy mam zamiar zrezygnować z farb na rzecz tapety lub fototapety, bo już wiem, że obie nadają wnętrzu charakter, który przy takim metrażu jak mój (stare budownictwo) ciężko osiągnąć jedynie za pomocą zwykłej farby. Poza tym nie ma co ukrywać – są znacznie trwalsze niż jakiekolwiek malunki. Jedyny dylemat jaki mam to czy zdecydować się na fototapetę czy może jednak postawić na jej tradycyjną wersję.

Początkowo przychylałam się bardziej ku opcji ze zwykłą tapetą w nieco nowszej czyli fizelinowej wersji, bo byłam święcie przekonana, że „foto” to nic innego jak zwykła najcieńsza (i najmniej trwała) tapeta papierowa z kolorowym (ale pewnie kiepskiej jakości) nadrukiem. Jednak po rozejrzeniu się w „internetach” odkryłam, że moje przekonanie co do jakości tego produktu jest całkowicie błędne.

Dzisiejsze fototapety są robione z vinylu, a to mówi mi, że wytrzymają przez długie lata nie blaknąc, ani nie niszcząc się za szybko. Zwłaszcza, że poza wersją podstawową można zamówić sobie także taką dodatkową laminowaną (Vinyl Premium), która jest bardziej odporna na wilgoć i zabrudzenia. Gdy dokopałam się do tych informacji szala zwycięstwa zaczęła dość szybko przechylać się na stronę fototapet.

PIXERSZdjęcie pochodzi ze strony pixers.pl/fototapety/inspiracje/mexican-pebbles/6488

Zgodnie z myślą Life is now – Pixers użycie we wnętrzu tego typu materiału dosłownie je „ożywia”. Tym bardziej, że wzór jaki znajdzie się na fototapecie zależy tylko od nas. Można zdecydować się na jeden z dostępnych na stronie, albo użyć do jej stworzenia własnego zdjęcia. Zwłaszcza ta druga opcja wydaje mi się interesująca, bo pozwala na stworzenie sobie całkowicie unikatowego i niepowtarzalnego wnętrza. Z drugiej strony propozycje dostępne na stronie są bardzo interesujące i gdybym miała podejmować w tej chwili to nie wiem czy przypadkiem nie zamówiłabym „gotowca”. Na całe szczęście do startu remontu zostało mi jeszcze kilka miesięcy więc na spokojnie zdążę się na coś zdecydować, ale jednego jestem pewna na 100% – przynajmniej w jednym pokoju chcę mieć fototapetę.

PIXERSZdjęcie pochodzi ze strony pixers.pl/fototapety/inspiracje/alps/2710

Powyżej wrzuciłam kilka z kilkunastu motywów, które przypadły mi do gustu – mieliście któryś z nich? a może obecnie macie jakiś inny wzór? Czy w ogóle rozważalibyście inwestycję w fototapetę? Mi tak jak pisałam wydaje się, że to świetny pomysł, ale bardzo jestem ciekawa także Waszej opinii :)

Opublikowano Dom, STRONA GŁÓWNA | Otagowano , , , , , , | 42 komentarzy